wtorek, 30 sierpnia 2011


Katastrofalny dzień. Totalnie zaniemogłam na kręgosłup. To jedna z kilku ciemnych stron macierzyństwa. Kręgosłup w strzępach ... Choć ... zaczęłam się zastanawiać czy nie jest to jakaś obronna reakcja mojego organizmu na powrót do pracy. Psychosomatic.
Dziś rano, kiedy mogłam się jeszcze normalnie ruszać miałam przez chwilę, a może i nawet dłuższą chwilę emocję radości z powrotu w sobie. Spojrzałam na Małą, która przechodzi aktualnie trudny okres, pierwszy bunt na liście wielu, i stwierdziłam, że chętnie odetchnę. A potem gruchnęło i koniec wesołości.
Tyle na dziś. Napierdala mnie niemiłosiernie.
2 dni przed godziną 0 ... ból.

niedziela, 28 sierpnia 2011


Dziś jest niedziela. Ale właściwie to nie ma nic do rzeczy. Choć może jednak ma, bo to ostatnia niedziela, która niedzielą dla mnie nie jest, bo wszystkie dni przez ostatnie 2 lata były jak niedziela. No a od przyszłego tygodnia niedziela już będzie niedzielą niedzielą. No i tutaj nasuwa mi się myśl, że właściwie to wszystko wróci na swoje miejsce. I dni tygodnia i godziny wstawania i egzystencja i bieg wydarzeń i środki komunikacji i poranna kawa wreszcie będzie na miejscu. Bo tak to była jakaś taka obok, o 10 była. Kto normalny pije poranną kawę o 10? Lud pracujący napierdala już z kubkiem kawy od 5:30. Będzie tak i ze mną. A więc wszystko na swoim miejscu. Czyżby?...
Żeby nie było tak bez zamierzonego kontekstu bloga, to napiszę o dwóch rzeczach, które dziś do mnie dotarły i których będzie mi od 1 września brakować ... tzn będzie mi brakować miliona rzeczy, I guess, ale dziś dobiły się dwie. Po 1wsze - porannego wstawania razem z bobasem, po 2gie - spacerków z wózkiem. Obie te rzeczy szczerze lubiłam w byciu domowążoną. No a teraz pobudka o 5:30, kiedy moje dziecko przewraca się na drugi bok, a i spacerki będą miały zupełnie inny wymiar, bo z pociągu do pracy, z pracy na pociąg. Zastanawiam się czy taki ustalony ład dnia jest rzeczywiście dla mnie. Każdy dzień będzie się odbijał podobnym echem, choć tak z ręką na sercu, to nic nowego, bo dni z bobem w domu też są jota w jotę. Nie ma co marudzić. Trzeba zaakceptować z uśmiechem na ustach. O właśnie! W ogóle, to doszłam do wniosku, że nabrałam fatalnej cechy - malkontenctwa. Jakoś tak samoistnie zaczęłam marudzić i wybrzydzać. A przecież w życiu chodzi o efekt zupełnie odwrotny - doszukiwania się pozytywów. Taki też mam zamiar - zacznę akceptować z radością swój los z całym dobrodziejstwem inwentarza, porażki będę traktować jak lekcje a niedostatki jako czynnik motywujący do polepszania bytu... nieznośnego ;) Ładnie powiedziane. Wrodzony cynizm nakazuje mi teraz właśnie zacząć rechotać.
Życie jest ciężkie. Życie to nie je bajka. Życie to dziwka a potem umierasz. Itd. Itp.
Dziś czuję niepewność jak wkroczenie w kolejny etap zmieni moje, jak sobie z tym poradzimy i jak szybko zsynchronizujemy się z nową rzeczywistością.
3 dni do godziny 0 ... niepewność.

sobota, 27 sierpnia 2011


1 września to czas powrotów. A właściwie jednego powrotu, z którym każdy chyba kojarzy tę datę - do szkoooołyyyy... Niespecjalnie szczęśliwy to czas dla tysięcy dzieciaków, wielu pewnie nauczycieli i jakiegoś odsetka rodziców. No ale namacalnie jest to czas powrotu. Dla mnie też. Tyle że nie do szkoły. 1 września wracam do pracy. Ostatnie 2 lata z hakiem spędziłam w domu. Kiedy to minęło? Nie mam bladego pojęcia. Faktem jest, że minęło jak z bicza strzelił i oto wracam do "robot mode". Tak to nazywam. Wcale nie dla ułatwienia sobie życia. Ale wracając... A więc ostatnie 2 lata, to były 4 ściany + pieluchy, dbanie o ciepło domowego ogniska, o porządek w domu, o wyprane skarpetki męża i dziecka, o ciepły posiłek na stole, o zimne piwko w lodówce, o całą harmonię jaka powinna wiązać się z przyjęciem bobasa na świat i odchowaniem go do etapu homo erectus. Próbowałam o tym nawet napisać blog, ale właściwie o czym tutaj kurwa pisać? Bo okazuje się, że siedzenie w domu to nie materiał na fascynującą lekturę i podziwiam kobiety, które zrobiły z tego sztukę w ruchu, wiecznym ruchu i udało im się nawet wysmażyć książkę czy dwie (vide Kaz Cooke). Ja poprzestałam na kilku postach. I nie chodzi mi bynajmniej o deprecjonowanie bycia z dzieckiem w domu, bo gdybym była zdania, że macierzyński i wio, to bym tak pewnie zrobiła. Tak jednak nie jest i pierwsze półtora roku z naszym bobasem w domu spędzić chciałam. To nie znaczy jednak, że warto o tym pisać. Byłby to blog tak poprzeplatany emocjonalnie, że sama pewnie bym się w tym prędzej czy później nie połapała. Zarzuciłam więc. Tak z grubsza mi upłynęły ostatnie 2 lata, na emocjonalnym rollercoasterze. Z wielkiego szczęścia w wielkie nic.
Teraz zostały 4 dni do opuszczenia domowego ciepełka, życia do którego zdążyłam się jakotako przyzwyczaić, do zupełnie nowej jakości. I co? I mętlik. Bo jak właściwie powinnam na to reagować? Wielka radość? Wielki smutek? Wielkie wyzwanie? Wielka przygoda? Wielkie co właściwie? Ambiwalencja. To świetne słowo, które brzmi i poważnie i radośnie, jak sama definicja wskazuje. I tak też się czuję. A właściwie nie wiem co czuję do końca i mnie to wkurwia. Zazdroszczę kobietą, które cieszą się tak bardzo na powrót do pracy, że aż z tej wielkiej radości w miejscu ustać nie mogą. Bo mają łatwiej. A ja mam standardowo przewiew. Hula, że hoho. Może jutro wymyślę coś, co choć trochę wyostrzy moją optykę. Jak na razie zmieniłam drastycznie kolor włosów. Jest się z czego cieszyć :)

A tak naprawdę chyba, to moje samopoczucie wynika z wewnętrznej walki staromodnej MNIE, która lubi prać skarpetki męża i na czas rzucać kotletem o stół, a wyemancypowaną MNIE, która chce zdobywać nowe szczyty i biegać na biznes lancze z nie wiem jeszcze do końca kim. Rozdarcie. Tak to bym określiła. Stan na 4 dni przed godziną 0.

Z czym ja tutaj?


Jest sobota. Ostatnia sobota przed powrotem. Powrotem gdzie? Mogłabym napisać "po prostu", ale jakoś nie jest mi to szczególnie w smak. Bo nie wracam po prostu do roboty po 2 latach "domokurzenia" z bobasem w chacie. Wizualizując to wydarzenie - nie wrzuca mnie jakaś moc po prostu na krzesło przy biurku w firmie, w której pracowałam i będę niedługo pracować, przed komputer, na którym będę od niedługo wystukiwała swoją krwawicę, do ludzi, którzy o dziwo nadal są tam gdzie ich zostawiłam. A może nie o dziwo... Nieważne. Ważne jest to, że nie jest to taki zwyczajny powrót. Nie w mojej głowie. Czuję się trochę tak jakbym zaczynała nowe życie, nowy rozdział i witała siebie w zupełnie nowej, choć już przecież trochę oswojonej wcześniej rzeczywistości. Tak więc nie chcę tutaj pisać tylko o tym co i jak będzie, sprawozdanie z tego wielkiego powrotu, lecz chcę tutaj zostawić ślad tej drogi - i rzeczywistej z całym repertuarem historii powiązanych, ale i też mentalnej, emocjonalnej i namacalnej zmiany jaką niesie ze sobą powrót mamy do pracy. Nie po chwili, po bardzo długiej długiej chwili. Z tym ja właśnie.