1 września to czas powrotów. A właściwie jednego powrotu, z którym każdy chyba kojarzy tę datę - do szkoooołyyyy... Niespecjalnie szczęśliwy to czas dla tysięcy dzieciaków, wielu pewnie nauczycieli i jakiegoś odsetka rodziców. No ale namacalnie jest to czas powrotu. Dla mnie też. Tyle że nie do szkoły. 1 września wracam do pracy. Ostatnie 2 lata z hakiem spędziłam w domu. Kiedy to minęło? Nie mam bladego pojęcia. Faktem jest, że minęło jak z bicza strzelił i oto wracam do "robot mode". Tak to nazywam. Wcale nie dla ułatwienia sobie życia. Ale wracając... A więc ostatnie 2 lata, to były 4 ściany + pieluchy, dbanie o ciepło domowego ogniska, o porządek w domu, o wyprane skarpetki męża i dziecka, o ciepły posiłek na stole, o zimne piwko w lodówce, o całą harmonię jaka powinna wiązać się z przyjęciem bobasa na świat i odchowaniem go do etapu homo erectus. Próbowałam o tym nawet napisać blog, ale właściwie o czym tutaj kurwa pisać? Bo okazuje się, że siedzenie w domu to nie materiał na fascynującą lekturę i podziwiam kobiety, które zrobiły z tego sztukę w ruchu, wiecznym ruchu i udało im się nawet wysmażyć książkę czy dwie (vide Kaz Cooke). Ja poprzestałam na kilku postach. I nie chodzi mi bynajmniej o deprecjonowanie bycia z dzieckiem w domu, bo gdybym była zdania, że macierzyński i wio, to bym tak pewnie zrobiła. Tak jednak nie jest i pierwsze półtora roku z naszym bobasem w domu spędzić chciałam. To nie znaczy jednak, że warto o tym pisać. Byłby to blog tak poprzeplatany emocjonalnie, że sama pewnie bym się w tym prędzej czy później nie połapała. Zarzuciłam więc. Tak z grubsza mi upłynęły ostatnie 2 lata, na emocjonalnym rollercoasterze. Z wielkiego szczęścia w wielkie nic.
Teraz zostały 4 dni do opuszczenia domowego ciepełka, życia do którego zdążyłam się jakotako przyzwyczaić, do zupełnie nowej jakości. I co? I mętlik. Bo jak właściwie powinnam na to reagować? Wielka radość? Wielki smutek? Wielkie wyzwanie? Wielka przygoda? Wielkie co właściwie? Ambiwalencja. To świetne słowo, które brzmi i poważnie i radośnie, jak sama definicja wskazuje. I tak też się czuję. A właściwie nie wiem co czuję do końca i mnie to wkurwia. Zazdroszczę kobietą, które cieszą się tak bardzo na powrót do pracy, że aż z tej wielkiej radości w miejscu ustać nie mogą. Bo mają łatwiej. A ja mam standardowo przewiew. Hula, że hoho. Może jutro wymyślę coś, co choć trochę wyostrzy moją optykę. Jak na razie zmieniłam drastycznie kolor włosów. Jest się z czego cieszyć :)
A tak naprawdę chyba, to moje samopoczucie wynika z wewnętrznej walki staromodnej MNIE, która lubi prać skarpetki męża i na czas rzucać kotletem o stół, a wyemancypowaną MNIE, która chce zdobywać nowe szczyty i biegać na biznes lancze z nie wiem jeszcze do końca kim. Rozdarcie. Tak to bym określiła. Stan na 4 dni przed godziną 0.